Z ŻYCIA MISJONARZA

MAGDALENA, BOLIWIA

6 listopada 2026 roku

Jest jedenasta rano, a ja czuję się tak, jakbym właśnie kończył dzień.

Niestety, kalendarz ma w tej sprawie inne zdanie. Według niego dopiero się rozkręcamy.

Obudziłem się przed szóstą. Prysznic, brewiarz, poranne przygotowania. Wszystko przebiegało spokojnie, bez większych niespodzianek. O ósmej zasiedliśmy do śniadania.

Najważniejsza była oczywiście kawa.

Nie jakaś tam kawa z supermarketu, której główną zaletą jest to, że po zalaniu wrzątkiem zmienia kolor wody. Prawdziwa, naturalna kawa od mojego sąsiada. Z ziaren rosnących w jego ogrodzie. Świeżo palona, aromatyczna, gęsta. Taka, przy której człowiek zaczyna wierzyć, że życie jednak ma sens, a wszystkie problemy świata można rozwiązać. Przynajmniej do opróżnienia filiżanki.

Przy stole siedział ze mną padre Edwin.

Przyjechał wczoraj wieczorem i przez najbliższe miesiące będzie mi pomagał w parafii. Po dłuższym czasie samodzielnego ogarniania tego całego interesu perspektywa posiadania drugiego kapłana była wyjątkowo przyjemna.

Postanowiłem więc wprowadzić go w miejscowe realia.

Opowiadałem o parafii, wioskach, planach na najbliższe dni, obowiązkach i sprawach, które trzeba dopilnować. Tłumaczyłem, jak to wszystko funkcjonuje, choć sam czasami zastanawiam się, jakim cudem jeszcze funkcjonuje.

Właśnie omawialiśmy kolejne zadania, kiedy przyszli dekarze.

Mieli rozpocząć naprawę dachu kościoła, w części nad zakrystią. Dach od pewnego czasu domagał się uwagi, a zbliżająca się pora deszczowa nie zamierzała czekać, aż znajdziemy odpowiedni moment.

Trzeba było pokazać robotnikom, co mają robić, omówić zakres prac i wrócić do stołu.

Kawa zaczynała stygnąć.

To był pierwszy sygnał, że dzień nie będzie przebiegał zgodnie z planem.

O dziewiątej przyszła sekretarka.

Wraz z nią zaczęli pojawiać się interesanci. Kancelaria parafialna szybko się zapełniła.

Ktoś potrzebował świadectwa chrztu. Ktoś inny przyszedł porozmawiać. Kolejne dokumenty czekały na podpis. Siadałem, słuchałem, sprawdzałem, podpisywałem. Potem następna osoba, następna sprawa, następny papier.

Parafia ma tę szczególną właściwość, że niezależnie od tego, ile rzeczy człowiek zaplanuje na dany dzień, zawsze znajdzie się ktoś, kto właśnie dzisiaj musi załatwić coś zupełnie innego.

W pewnym momencie pojawił się biskup emeryt, posługujący w pobliskiej Bella Vista.

Miła niespodzianka.

Usiedliśmy na chwilę, porozmawialiśmy, napiliśmy się zimnej wody. W tym upale nawet zwykła szklanka chłodnej wody potrafi być poważnym argumentem za zatrzymaniem się na kilka minut.

Chętnie posiedziałbym dłużej.

Nie było mi dane.

Przyjechała dentystka.

Umówiliśmy się wcześniej, że będzie bezpłatnie przyjmować mieszkańców miasteczka. Świetna inicjatywa, szczególnie tutaj, gdzie wiele osób odkłada wizytę u lekarza tak długo, aż ból staje się trudniejszy do zniesienia niż wydatek.

Pozostawał jeden drobny szczegół.

Trzeba było przygotować gabinet.

A gabinetu nie mieliśmy.

Mieliśmy za to teatr parafialny.

Cóż. W Amazonii człowiek musi wykazywać się pewną elastycznością w podejściu do przeznaczenia pomieszczeń.

Kolejna godzina upłynęła na organizowaniu prowizorycznego gabinetu stomatologicznego.

Sala teatralna, która zwykle służy przedstawieniom i spotkaniom, miała teraz przyjmować pacjentów z bolącymi zębami. W końcu i tu, i tu można usłyszeć krzyki, choć z nieco innych powodów.

Przygotowywaliśmy miejsce, ustawialiśmy wszystko tak, żeby dentystka mogła spokojnie pracować.

W międzyczasie trzeba było wrócić do dekarzy.

Potem pojawił się stolarz. Właśnie zakończył renowację drzwi kościoła. Należało sprawdzić wykonaną pracę i się z nim rozliczyć.

Ledwie skończyliśmy, znów ktoś czekał w kancelarii.

Przechodziłem więc od drzwi kościoła do dachu, od dachu do teatru, z teatru do kancelarii. Tu pytanie, tam dokument, gdzie indziej trzeba coś ustalić albo podpisać.

Przez chwilę miałem wrażenie, że parafia nie potrzebuje proboszcza, tylko dyspozytora ruchu.

Najlepiej z krótkofalówką.

Padre Edwin zdążył tymczasem zobaczyć w praktyce to, co próbowałem mu wytłumaczyć przy śniadaniu.

Mógłbym przygotować dla niego piękną prezentację o organizacji naszej parafii. Schematy, harmonogramy, podział obowiązków.

Ale po co?

Dwie godziny w Magdalenie wystarczą za cały kurs wprowadzający.

Jest jedenasta trzydzieści.

Właśnie przypominam sobie o samochodzie.

Stoi w garażu od ponad miesiąca. Najwyraźniej uznał, że skoro właściciel o nim zapomniał, to on również nie ma obowiązku wykazywać szczególnego entuzjazmu.

Akumulator padł.

Samochód nie odpala.

Mam więc kolejny punkt programu: wyjąć akumulator, zanieść go do mechanika i poprosić o naładowanie.

Biorę go i ruszam.

Za pół godziny obiad. Potem spotkanie z młodzieżą, spowiedź, adoracja Najświętszego Sakramentu i wieczorna Msza Święta.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, około dwudziestej pierwszej będę wolny.

Patrzę na ten plan i przypominam sobie, ile razy dzisiaj już się zmienił.

Od przebudzenia minęło niespełna sześć godzin. Mam za sobą modlitwę, śniadanie, wprowadzenie nowego współbrata w życie parafii, rozmowy z robotnikami, kancelarię, spotkanie z biskupem, organizację gabinetu dentystycznego, zakończenie remontu drzwi i kilka kolejnych spraw, których jeszcze rano nie było w kalendarzu.

A teraz maszeruję z akumulatorem do mechanika.

Przynajmniej kawa była dobra.

I pomyśleć, że kiedyś wyobrażałem sobie życie misjonarza jako wędrówki po dżungli, przeprawy przez rzeki i głoszenie Ewangelii w odległych wioskach.

Owszem, to wszystko też się zdarza.

Ale dzisiaj głównymi bohaterami są dach, drzwi, zęby i rozładowany akumulator.

Do wieczora jeszcze daleko.

Aż strach pomyśleć, co się wydarzy po obiedzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *