Cztery dni w drodze. Odpusty, wioski i prawie 400 kilometrów


Ostatnie kilka dni było dość intensywne. Od soboty do wtorku zrobiłem prawie 400 kilometrów między Magdaleną, Orobayaya, San Ramón i Bella Vista. Były odpusty, Msze, procesje, samochód, motocykl, prom przez rzekę i sporo godzin w drodze.

Tak wygląda teraz duża część mojej pracy. Parafia to nie tylko Magdalena. Do tego dochodzą wioski rozrzucone po okolicy. A kilometr tutaj to nie to samo co kilometr w Polsce. Na mapie pięćdziesiąt czy sto kilometrów nie wygląda groźnie. Dopiero jak się to przejedzie po tutejszych drogach, człowiek zaczyna rozumieć, o co chodzi.

W Iténez prawie nie ma asfaltu. W porze suchej da się jechać. W deszczu 50 kilometrów potrafi zająć cztery albo pięć godzin, a część wiosek bywa odcięta przez tygodnie, czasem miesiące. Do tego rzeki bez mostów, prom, kolejki po paliwo i samochód, który musi wytrzymać, bo pomocy w terenie często nie ma.

Sobota – Orobayaya

W sobotę pojechałem do Orobayaya. Wieczorem była Msza rozpoczynająca obchody ku czci św. Róży z Limy.

Po Mszy zostałem na noc. Przyjęła mnie jedna z miejscowych rodzin. Jak zwykle: prosto, skromnie i serdecznie. Ludzie biorą księdza do domu, dają coś do jedzenia i przygotowują miejsce do spania. Taka zwyczajna gościnność to jedna z rzeczy, które tutaj lubię najbardziej.

Niedziela

Rano o 9.00 odprawialiśmy Mszę razem z bp. Julio María Elías, emerytowanym biskupem, który teraz posługuje w Bella Vista.

Przy okazji wyjaśniła się jedna sprawa. Przez ostatnie dziesięć lat Orobayaya była obsługiwana z Magdaleny. Nie dlatego, że naprawdę do nas należała. Po prostu w Bella Vista pracował wtedy starszy ojciec i bracia z Magdaleny zaczęli tam dojeżdżać. Z czasem stało się to oczywiste.

Kiedy w styczniu przejąłem parafię, Orobayaya była dla mnie po prostu kolejną wioską, do której trzeba jeździć.

W niedzielę biskup przejął za nią odpowiedzialność. Od tej pory wraca do Bella Vista.

Czyli rano przyjechałem do „swojej” wioski, a wyjechałem z miejsca, w którym już nie jestem proboszczem.

Nie narzekam. Przy obecnej ilości pracy jedna wioska mniej to raczej dobra wiadomość.

Po południu wróciłem do Magdaleny. Jeszcze dwie Msze: jedna w kaplicy w mieście, druga wieczorem w kościele parafialnym.

I tak skończyła się niedziela.

Poniedziałek – San Ramón

W poniedziałek wyjazd do San Ramón na odpust. Około 100 kilometrów.

Sto kilometrów nie brzmi źle. Problem w tym, że prawie cała droga jest gruntowa. Czasem jedzie się 60 km/h i człowiek zaczyna myśleć, że może nawet dojedzie szybciej. Potem zaczynają się dziury. I przez kolejne sto czy dwieście metrów jedzie się 5–10 km/h, wybierając miejsce, w którym samochód ma największą szansę przejechać bez urwania koła.

Potem znowu można przyspieszyć. I za kilka kilometrów zaczyna się od nowa.

W praktyce te sto kilometrów zajmuje około dwóch godzin.

Dojechałem. Odpust się odbył. Samochód przeżył. Wszystkie koła wróciły ze mną do Magdaleny.

Można uznać, że się udało. W porze deszczowej taki wyjazd wcale nie jest oczywisty. Wtedy ta sama droga potrafi stać się błotem, gliną i kałużami po kolana. Czasem w ogóle nie da się przejechać.

Wtorek – znowu Orobayaya

We wtorek pojechałem tam jeszcze raz. Mimo niedzielnego przekazania trzeba było dokończyć uroczystości św. Róży. Była Msza, a potem procesja przez całą wioskę.

Około 35 stopni. W pełnym słońcu odczuwalna spokojnie dochodziła do czterdziestu. Nikt się tym specjalnie nie przejmował. Ludzie przyszli, procesja ruszyła i poszliśmy.

Potem wsiadłem na motocykl i pojechałem do Bella Vista. Żeby tam dotrzeć, trzeba przeprawić się przez Río Blanco. Mostu nie ma, więc motocykl wjechał na prom. Prom działa, dopóki woda nie jest za wysoka albo za niska. W czasie większej powodzi przystań potrafi zniknąć pod wodą.

W Bella Vista zjadłem obiad i usiadłem na chwilę w cieniu nad rzeką. Po procesji w słońcu nie potrzebowałem wtedy żadnych wielkich atrakcji. Cień i kilka minut bez ruszania się gdziekolwiek wystarczyły.

Potem powrót do Magdaleny. Około 50 kilometrów motocyklem. Trochę ponad godzinę.

Prawie 400 kilometrów

Jak to podliczyłem, wyszło prawie 400 kilometrów. Orobayaya, Magdalena, San Ramón, znowu Orobayaya, Bella Vista i z powrotem.

Kilka Mszy, dwa odpusty, procesja i sporo godzin za kierownicą albo na motocyklu.

Nie piszę tego, żeby narzekać. Sam wybrałem takie życie i nadal uważam, że było warto.

Po prostu tak wygląda praca w takim miejscu. Misje nie zawsze oznaczają wielkie wydarzenia. Często trzeba po prostu pojechać tam, gdzie są ludzie. Czasem pięć kilometrów. Czasem sto po drodze, na której bardziej niż prędkościomierz obserwuje się dziury.

Do tego dochodzi reszta: paliwo, które nie zawsze jest, stacje rzadkie poza miastem, upał, błoto i fakt, że warsztat jest daleko. Bez samochodu albo motocykla duża część parafii po prostu znika z mapy.

Odprawić Mszę. Porozmawiać. Zjeść obiad. Przejść procesję. Przespać się u kogoś. Rano wstać i jechać dalej.

Coraz bardziej widzę, że właśnie w tej zwyczajności jest sens bycia tutaj.

Nie przyjechałem do Boliwii robić wielkich rzeczy. Przyjechałem być z ludźmi i robić to, co do mnie należy.

Czasami oznacza to po prostu kolejne kilometry drogi. A czasami oznacza to czekanie, aż droga, rzeka albo stacja benzynowa w ogóle na to pozwolą.

Pax!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *