Lekcja posłuszeństwa w czasach kryzysu. Dlaczego św. Franciszek nie odszedł z Kościoła?

Ostatnio sporo myślę o tym, co dzieje się wokół Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X i ogłoszonej ekskomuniki po nieautoryzowanych konsekracjach biskupich w Écône. Dla wielu osób ta sytuacja budzi niepokój i pytania. Jako franciszkanin patrzę na te wydarzenia przez pryzmat mojego ojca duchowego, św. Franciszka z Asyżu.
Franciszek żył w XIII wieku, w czasach bardzo podobnego kryzysu w Kościele. Wtedy też wielu ludzi mówiło o upadku autorytetu, zeświecczeniu duchowieństwa i utracie ewangelicznej czystości. W odpowiedzi powstawały różne ruchy religijne. Część z nich poszła drogą ostrego konfliktu z hierarchią i skończyła w schizmie lub herezji. Inne, jak waldensi, zostały ekskomunikowane. Jeszcze inne balansowały na granicy i z czasem zanikły.
Franciszek wybrał inną drogę.
Widział grzechy i słabości w Kościele, sam o tym pisał w Testamencie. Mówił o „złych kapłanach”, którzy nie żyją według Ewangelii. Mimo to jego postawa wobec hierarchii była bardzo jasna. W Testamencie napisał:
„Pan dał mi taką wiarę w kapłanów, którzy żyją według reguły świętego Kościoła rzymskiego, że nawet gdyby mnie prześladowali, chcę się do nich zwracać. Chcę ich szanować, kochać i czcić jak moich panów.”
Niektórzy mogliby to osądzić jako słabość albo ślepe posłuszeństwo. To była głęboka wiara, że prawdziwa reforma dokonuje się w Kościele, a nie obok niego.
Franciszek nie odrzucił autorytetu papieża. Gdy jego bracia chcieli iść własną drogą i kwestionować biskupów, Franciszek interweniował stanowczo. Posłuszeństwo było dla niego warunkiem autentycznej ewangelizacji. W 1209/1210 roku poszedł do Rzymu z pierwszą, bardzo surową Regułą. Papież Innocenty III początkowo się wahał, ale ostatecznie ją zatwierdził. W 1223 roku Franciszek przyjął ostateczną Regułę zatwierdzoną przez papieża Honoriusza III, nawet jeśli osobiście wolałby wersję surowszą. Nie odszedł i nie założył „prawdziwego zakonu” poza Kościołem. Oddał sprawę Kościołowi i umarł w posłuszeństwie.
Dziś sytuacja Bractwa św. Piusa X wygląda inaczej. Powstało z troski o Tradycję, o piękno liturgii i o to, co wielu uważa za utracone po Soborze Watykańskim II. Rozumiem tę tęsknotę. Sam widzę wiele problemów w Kościele dzisiaj: kryzys powołań, polaryzację, utratę sensu sacrum u części wiernych.
Jednak kluczowa różnica polega na postawie wobec posłuszeństwa. Święty Franciszek, mimo krytyki nadużyć, nigdy nie przekroczył tej granicy. Nie konsekrował biskupów bez mandatu papieskiego i nie tworzył równoległej struktury. Przyjął, że prawdziwa reforma dokonuje się w komunii z Następcą Piotra, nawet jeśli papież i biskupi popełniają błędy.
Historia pokazuje, że ruchy, które szły drogą Franciszka, czyli pełne poddanie się rozeznaniu Kościoła, przynosiły długotrwałe owoce. Te, które wybierały separację, albo zanikały, albo prowadziły do trwałych podziałów.
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek osądzać. Sam jestem świadomy wielu bolączek w Kościele. Ale jako syn św. Franciszka wierzę, że prawdziwa odnowa nie dokonuje się przez rozbicie jedności. Dokonuje się przez wierność Chrystusowi w Kościele, który On sam założył.
Modlę się, żeby obecny kryzys nie doprowadził do kolejnego bolesnego podziału, lecz stał się okazją do nawrócenia, zarówno dla tych, którzy odeszli, jak i dla całego Kościoła. Niech św. Franciszek, który całował ręce grzesznych kapłanów i czekał na decyzję papieża, wstawia się za nami wszystkimi.
Pax!
