Z pamiętnika misjonarza

W piątek, dziewiątego października, obudziłem się o szóstej. Przypomniałem sobie, że czeka mnie droga do San Borja, i uznałem, że mogę jeszcze chwilę poleżeć.

Ponad osiemdziesiąt kilometrów szutru do jednej z najdalszych wiosek. W nocy przeszła burza. Leżąc w łóżku, zastanawiałem się, co zostało z drogi. Odpowiedź miałem poznać po południu, ale już teraz próbowałem zgadnąć, ile będzie kałuż i czy uda się przejechać bez większej walki z błotem.

Cieszyłem się na ten wyjazd. W takich miejscach ksiądz pojawia się kilka razy w roku. Ludzie czekają, przygotowują kaplicę, chcą porozmawiać. Przyjazd na odpust jest dla nich wydarzeniem. Dla mnie też. Tylko o szóstej rano wolałem korzystać z dobrodziejstw wygodnego łóżka.

O siódmej modlitwy.

Nie miałem ochoty ani na kawę, ani na śniadanie. Zresztą jak zwykle. Rano mój żołądek potrzebuje czasu, zanim zgodzi się przyjąć cokolwiek. Kawa pojawia się zazwyczaj koło dziesiątej.

Dzień od początku był duszny i upalny. Niskie chmury zostały po burzy, ale chłód najwyraźniej odszedł razem z nią.

O wpół do ósmej zadzwonili stolarze. Potwierdzili, że o dziewiątej zaczną naprawę okien i drzwi w kościele. Po rozmowie poszedłem pod prysznic. Chciałem przynajmniej rozpocząć podróż czysty. Wiedziałem, że kurz i upał szybko to zmienią.

O dziewiątej przyszli stolarze, a razem z nimi sekretarka, żeby kontynuować przepisywanie ksiąg do komputera. W pokoju zacząłem pakować rzeczy. Przez okno dochodził odgłos szlifowania, stuk młotków i zapach świeżej farby.

Przygotowania miałem już przećwiczone. Jeden kufer na paramenty liturgiczne, drugi na ubrania i sprzęt do noclegu, trzeci na narzędzia, apteczkę i napoje. Każda rzecz trafiała na swoje miejsce. Dzięki temu później nie trzeba było wyciągać wszystkiego, żeby znaleźć stułę albo latarkę.

Uzupełniłem wodę i wino w ampułkach. Spakowałem hostie, komunikanty, albę, stułę i księgi liturgiczne. Do drugiego kufra poszły ubrania na zmianę, kosmetyczka, ręcznik, hamak i śpiwór. Powerbank ładował się przez noc. Dołożyłem dwie latarki, mały kompresor do opon i apteczkę.

Jeszcze repelent.

Na campo można sobie poradzić bez wielu rzeczy. Brak środka na komary odczuwa się jednak wyjątkowo boleśnie.

Kiedy kufry były gotowe, usiadłem przygotować homilie na dziś i jutro. Wtedy do kancelarii przyszedł człowiek po świadectwo chrztu dla swojej bratanicy.

Dziewczynka miała w najbliższą niedzielę przyjąć Pierwszą Komunię w sąsiedniej parafii Bella Vista. Jej rodzice byli w Cochabambie, więc poprosili o pomoc wujka. Potrzebowali dokumentu szybko.

Zaczęliśmy szukać.

Przewracałem strony, sprawdzałem wpisy, wracałem do przejrzanych miejsc. Człowiek czekał coraz bardziej zaniepokojony. Niedziela była blisko, rodzice daleko, a chrztu nie mogliśmy znaleźć.

Takie sytuacje zdarzają się często. Ludzie nie zawsze wiedzą, gdzie i kiedy dziecko przyjęło sakrament. Po latach trzeba odtworzyć wydarzenie, którego szczegóły gdzieś się zatarły. Ktoś pamięta kościół, ktoś inny księdza, ale data nie pasuje albo okazuje się, że chodziło o zupełnie inną miejscowość.

Kilka razy przewertowaliśmy księgi. Bez skutku.

Nie miałem podstaw, żeby wystawić świadectwo. Wujek został z problemem, z którym przyszedł, i z koniecznością przekazania rodzicom złej wiadomości.

Przed południem poszedłem na kawę do sąsiada z naprzeciwka.

Usiedliśmy w ogrodzie, niedaleko starego kawowca. Zasadziła go jego matka wiele lat temu. Sąsiad zajmuje się swoją kawą, sprzedaje ją nawet do Włoch. Ja miałem ją tego dnia niemal prosto z ogrodu.

Świeżo palona, mielona i parzona pachniała oszałamiająco. Głęboki, ciężki aromat roztaczał się po całym ogrodzie. Piłem powoli, słuchając gospodarza.

Był kiedyś ambasadorem Boliwii w Stanach Zjednoczonych. Teraz martwił się, czy za trzy miesiące będzie miał gdzie mieszkać.

Zapożyczył się, żeby zapłacić za trzeci już rozrusznik serca. Dom rodzinny dał jako zabezpieczenie. Zbliżał się termin spłaty, a on nie widział sposobu, żeby zdobyć pieniądze na czas. Jeśli nic się nie zmieni, będzie musiał odejść.

Siedzieliśmy właśnie w miejscu, które mógł stracić.

Trudno było słuchać tej opowieści jak rozmowy o długu i nieruchomości. Obok rósł kawowiec jego matki. Piliśmy kawę, którą sam przygotował. Dom i ogród były częścią jego życia, a teraz za trzy miesiące ktoś mógł zażądać kluczy.

Nie miałem rozwiązania. Słuchałem, choć chciałbym móc zrobić więcej. Są rozmowy, w których własna bezradność przeszkadza niemal fizycznie. Człowiek siedzi naprzeciwko, mówi spokojnie o czymś, co odbiera mu spokój, a ja nie potrafię znaleźć odpowiedzi, która cokolwiek zmieni.

Kawa była doskonała. Ciężko było w pełni się nią cieszyć.

O wpół do pierwszej zjadłem obiad w knajpce na rynku. Szybko, żeby zdążyć jeszcze trochę odpocząć i przygotować motocykl.

Myślami byłem już na drodze. Szuter między polami i pastwiskami, krowy i konie, które trzeba omijać. Dalej odcinki pośród dżungli. Spotykałem tam pancerniki i żółwie błąkające się po jezdni, nad głową papugi i krążące sępy. Lubiłem tę trasę, ale po nocnej burzy należało uważać.

Wróciłem do klasztoru. Kufry czekały gotowe, więc mogłem chwilę odetchnąć przed jazdą.

O czternastej przytroczyłem bagaż. Sprawdziłem i nasmarowałem łańcuch, nalałem paliwa z kanistra do pełna. Ustawiłem GPS na San Borja.

Uruchomiłem silnik.

Słuchawki w uszach, kask na głowie. Kolejna część książki mieszała się z warkotem silnika i szumem wiatru. Głos lektora czasem ginął, potem wracał, gdy zwalniałem. Słuchałem i jechałem, zostawiając za sobą Magdalenę.

Pierwszym punktem była przeprawa przez Itonamas, zaledwie kilka kilometrów za miasteczkiem.

Na małym promie zapytałem przewoźnika, co ludzie mówią o drodze. Zapewnił mnie, że jest dobrze i można spokojnie przejechać. Ucieszyłem się. Po nocnej burzy nie byłem tego taki pewien.

Za rzeką szuter prowadził przez łąki i pola. Deszcz zostawił po sobie kałuże, miejscami na całą szerokość drogi. Zwalniałem, oceniałem przejazd, czasem wybierałem pobocze. Gdzie indziej jechałem środkiem. Woda była płytka i nie sprawiała większych problemów.

W porze deszczowej wygląda to inaczej. Kałuża potrafi sięgać pół metra albo więcej. Z motocykla trudno ocenić głębokość. Jeśli woda dostanie się do wlotu powietrza, dalsze plany można odłożyć na później i zająć się silnikiem.

Po godzinie zatrzymałem się rozprostować nogi i napić się. Chmury trochę się rozeszły, słońce zaczęło grzać z pełną mocą. Podczas jazdy pomagał wiatr. Na postoju upał dopadał od razu. Zrobiłem kilka kroków, napiłem się i wróciłem na motocykl.

Następny postój wypadł przy rodzinie stojącej na drodze.

Rodzice i nastoletni syn mieli motocykl z przyczepką załadowaną produktami na sprzedaż. Widać było, że coś się stało.

Uszkodzona tylna opona traciła powietrze. Od jakiegoś czasu jechali kawałek, zatrzymywali się i pompowali ręczną pompką. Potem ruszali, dopóki znów nie zrobił się flak.

Wyciągnąłem kompresor.

Koło zaczęło odzyskiwać kształt, ale powietrze uciekało szybko. Dziura była duża. Mogłem oszczędzić im trochę pompowania, lecz nie miałem czym naprawić uszkodzenia.

Zapisałem sobie w głowie kolejne zakupy: zapasowe dętki i narzędzia do wymiany. Kompresor był przydatny, ale wobec dużej dziury pracował z takim samym skutkiem jak ich pompka. Tyle że szybciej.

Rodzina miała jeszcze sporo drogi przed sobą.

Skorzystałem z postoju. Znów się napiłem, przeszedłem kilka kroków wokół motocykla i sprawdziłem ciśnienie w swoich oponach. Było w porządku.

Ruszyłem dalej. Kilometr później minąłem ich ponownie.

Znowu pompowali.

Te dętki naprawdę trzeba kupić.

Jakieś dziesięć kilometrów przed San Borja, już w dżungli, zobaczyłem sporego żółwia. Szedł wprost na mnie.

Zatrzymałem się kilka metrów przed nim i wyciągnąłem telefon.

Żółw nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego. Posuwał się swoim tempem, a ja przez kilka minut robiłem mu zdjęcia.

Potem przegoniłem go na pobocze. Nie zawsze można zauważyć taką przeszkodę na drodze. Wpadając na takiego żółwia można nawet wywrócić samochód czy motocykl. Lepiej żeby ten żółw był poza drogą.

Około siedemnastej dotarłem do San Borja.

Naprzeciwko kaplicy znajdował się plac i boisko. Młodzież właśnie rozgrywała mecz. Ja po trzech godzinach jazdy myślałem przede wszystkim o kąpieli.

Poczekałem na kobietę odpowiedzialną za kaplicę. Zaprowadziła mnie do pokoiku na zapleczu. Były łóżka, materace i łazienka. Druga, drewniana, stała na zewnątrz.

Niby wszystko, czego potrzebowałem.

Wody nie było.

Prądu też.

Woda miała się pojawić, kiedy uruchomią generator. Na to trzeba było poczekać do zmierzchu.

Przez płot zobaczyłem studnię sąsiada. Porozmawiałem z nim, dostałem wiadro wody i zaniosłem je do łazienki. Po podróży w pyle i upale takie wiadro miało sporą wartość. Umyłem się szybko i przebrałem.

Potem czekałem na katechistkę, która o dziewiętnastej miała przywieźć kolację.

Zaplecze poznawałem stopniowo.

Materace już dawno miały najlepsze czasy za sobą. Były zużyte, miejscami nosiły ślady szczurzych zębów. W pokoju czuło się charakterystyczny zaduch. Nie trzeba było szczególnej wyobraźni, żeby odgadnąć, kto korzystał z niego pod moją nieobecność.

Po kolacji i krótkiej rozmowie uruchomiony generator dał nam wreszcie prąd i wodę. Mogłem sprawdzić łazienkę w pokoju.

Puściłem na próbę spłuczkę.

Po chwili z muszli wyszły cztery mokre szczury.

Patrzyłem na nie przez moment. Naciskając spłuczkę, człowiek spodziewa się ruchu w przeciwną stronę.

Sprawdziłem prysznic. Kiedy popłynęła woda, z odpływu wyszło stado mrówek. Prawie dwucentymetrowych. Kolejne pojawiały się na podłodze, a ja uznałem, że dowiedziałem się o tej łazience wystarczająco dużo.

Jak dobrze, że wożę hamak.

Wyciągnąłem go z kufra i rozwiesiłem pod wiatą między kaplicą a drewnianą łazienką. Tutaj nie czułem szczurzego zaduchu. Nie musiałem kłaść się na nadgryzionym materacu ani czekać, aż mrówki znajdą mnie w łóżku. Przechodził lekki wietrzyk. Na noc powinno być przyjemnie.

Zostawiłem przygotowane miejsce do spania i poszedłem do kaplicy.

Zapaliłem światło, przygotowałem ołtarz, rozstawiłem kielich i księgi. Potem zabiłem w dzwon zawieszony obok wejścia.

Poczekałem.

Po kilku minutach zadzwoniłem ponownie. Zaczęli przychodzić pierwsi ludzie.

Przed Mszą rozmawiałem z sympatyczną starszą kobietą na wózku.

Niedawno upadła. Mocno się potłukła, uderzyła głową i od tego czasu miała problemy z chodzeniem. Głowa bolała ją nieustannie.

Brakowało pieniędzy na lekarza. Wspominała również o ewentualnej operacji, choć bez konsultacji i badań nie było wiadomo, czego naprawdę potrzebowała. Został jej wózek i pomoc najbliższych.

Przypomniał mi się sąsiad i poranna rozmowa przy kawie. Tam dług zaciągnięty na rozrusznik, tutaj brak pieniędzy, żeby sprawdzić przyczynę bólu. W ciągu jednego dnia dwukrotnie słuchałem, jak bardzo zdrowie potrafi zależeć od tego, czy człowieka stać na pomoc.

Przy okazji zapytałem o wspólnotę.

Opowiedziano mi, że w San Borja mieszkają siedemdziesiąt dwie rodziny. Katolickich jest obecnie około sześciu. Pozostali przeszli do wspólnot protestanckich albo rozmaitych grup religijnych działających w okolicy.

Znałem ten problem z innych wiosek. Ksiądz przyjeżdża kilka razy w roku, a przez pozostały czas kaplica stoi zamknięta. To są idealne warunki dla różnego rodzaju sekt.

Złości mnie tu łatwość, z jaką niektórzy ogłaszają się duchowymi przywódcami. Opowieść o aniele, który przyszedł w nocy, przekonanie o własnym posłannictwie i już można głosić innym, w co mają wierzyć. Żeby zostać kapłanem potrzeba lat formacji, studiów i wyrzeczeń. Dlatego jest tak mało kapłanów, a pastorów i szarlatanów na pęczki.

Mógłbym długo narzekać. Ludziom niewiele by z tego przyszło.

Na Mszę przyszło około dwudziestu osób. Po jej zakończeniu zostaliśmy porozmawiać.

Przedstawiłem im plany na przyszły rok. W 2027 chcę zorganizować kurs dla katechistów z całej parafii. Każda wioska miała wyznaczyć przynajmniej dwie chętne osoby. Po Wielkanocy, razem z siostrami z Trinidad, zamierzam przygotować je do prowadzenia liturgii słowa i przygotowania do sakramentów.

Potrzebujemy ludzi, którzy co tydzień otworzą kaplicę i zaproszą sąsiadów do wspólnej modlitwy. Będą wiedzieli, jak poprowadzić spotkanie, pomóc dzieciom, przygotować dorosłych. Kogoś, kto zostanie na miejscu, kiedy ja pojadę dalej.

Jednocześnie zachęciłem ich, żeby nie czekali na kurs.

Był październik. Można było już teraz zacząć spotykać się na różańcu.

Pomysł przyjęli z zadowoleniem. Po chwili zaczęli ustalać, kto na następne spotkanie przyniesie gorącą czekoladę, kto upiecze chlebki ryżowe, a kto przygotuje empanady.

Słuchałem i cieszyłem się, że rozmowa nabiera tak konkretnego kształtu. Łatwo zgodzić się z księdzem, żeby sprawić mu przyjemność. Tutaj ludzie zaczynali już dzielić między siebie zadania.

Miałem nadzieję, że coś się ruszy. Że za kilka dni rzeczywiście przyjdą, pomodlą się, usiądą razem i będą chcieli to powtórzyć.

Rozeszliśmy się w dobrych nastrojach. Oni do domów, ja na zaplecze kaplicy.

Jest 22.15.

Nadal mamy prąd i wodę, więc korzystam z okazji i idę pod prysznic. Do drewnianej łazienki na zewnątrz. Ta w pokoju ma już swoich użytkowników i nie zamierzam im przeszkadzać.

Po kąpieli kładę się w hamaku.

Lekki wiatr chłodzi skórę. Materace zostały w pokoju, razem ze szczurzym zaduchem. Tutaj mogę wreszcie wygodnie się wyciągnąć. Czuję zmęczenie po drodze i całym dniu. Zapowiada się dobry sen.

O wpół do jedenastej po drugiej stronie placu zaczyna się fiesta.

Muzyka dociera pod wiatę bez trudu. Leżę jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, ale już wiem, że szybko nie zasnę. Głośniki mają wystarczająco dużo mocy, żeby obsłużyć również tych, którzy nie przyszli na zabawę.

Biorę telefon i zaczynam spisywać ten dzień.

Wracam do porannego pakowania, do człowieka czekającego na świadectwo chrztu. Potem znów siedzę w ogrodzie sąsiada, przy starym kawowcu. Przypominam sobie rodzinę pompującą koło, żółwia na drodze i wiadro wody ze studni.

Myślę o kobiecie na wózku. O sześciu rodzinach. O ludziach, którzy po Mszy zaczęli planować wspólne spotkanie.

Chciałbym, żeby im się udało. Żeby ktoś otworzył kaplicę, zanim znów tu przyjadę. Żeby przynieśli różaniec, czekoladę i te obiecane empanady. Żeby po pierwszym spotkaniu przyszło następne.

Jest już druga w nocy.

Muzyka nadal gra.

Budzik ustawiony na siódmą, a ja leżę w hamaku i piszę, zamiast spać. Sprawdzam godzinę, choć nic dobrego z tego nie wynika. Zostało pięć godzin. Każda kolejna linijka trochę ten wynik pogarsza.

Wiatr jest przyjemny. Hamak wygodny. Po drugiej stronie placu zabawa trwa w najlepsze.

Odkładam telefon.

Poranek będzie ciężki.

4 comments on “Z pamiętnika misjonarza”

  1. Jarek pisze:

    Bardzo ciekawie napisane. Z przyjemnością czytałem. Szkoda tylko, że tak krótko 🙂

  2. złoto inkow pisze:

    ale jaja , az chialo by sie powiedziec na kraju swiata bez boga i ludzi

  3. Elizeusz OFM pisze:

    Może powstaną kolejne części…
    Wszystko zależy od natchnienia.
    I głośnej muzyki w środku nocy 🫨

  4. Elizeusz OFM pisze:

    Jest daleko, to prawda. Po drodze tylko konie, krowy i dzikie zwierzęta.
    Do granicy z Brazylią brakowało około 20 km

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *