Spowiedź w Copacabanie – tam, gdzie Maryja prowadzi do pojednania

Od kilkunastu dni posługuję w Copacabanie, w sanktuarium Maryi – Patronki Boliwii. To miejsce ma swój wyjątkowy rytm, a sierpień jest miesiącem szczególnym: czasem pielgrzymek, śpiewów, procesji i modlitw, ale też czasem powrotów do Boga. Tysiące pielgrzymów przybywają tutaj z różnych stron Boliwii i Peru – pieszo, samochodami, łodziami przez jezioro Titicaca. Przybywają z intencjami, prośbami, dziękczynieniem. I bardzo wielu z nich przychodzi także do konfesjonału.

Codziennie siadam do spowiedzi – czasem na pięć godzin, czasem na dziesięć. W Copacabanie konfesjonał nie jest wygodnym, ogrzewanym miejscem – to raczej mały pokoik w którym zimno potrafi przeniknąć do kości. Zawsze mam na rękach rękawiczki, a obok siebie termos z gorącą herbatą oraz poncho z alpaki, żeby w ogóle móc wytrzymać tyle godzin. Ale paradoksalnie, to właśnie w tym lodowatym miejscu dzieje się coś, co najbardziej rozgrzewa serce.

Do spowiedzi przychodzą różni ludzie. Jedni spowiadają się regularnie – ich spowiedź jest krótka, spokojna, przypomina rozmowę starych znajomych. Ale wielu wraca po latach. Czasem po dziesięciu, czasem po czterdziestu. Widać po nich, że decyzja o przyjściu do spowiedzi była trudna, że niosą w sobie ciężar wspomnień, win, żalu. Niektórzy długo milczą, zanim zaczną mówić.

Grzechy, które słyszę, są różne. Od drobnych kłamstw i zaniedbań, po zdrady małżeńskie, aborcje i nawet morderstwa. Byli też „szamani” i „czarownice”, którzy przez lata żyli w świecie magii, ofiar i rytuałów – a jednak tu, przed Maryją z Copacabana, postanowili odciąć się od tego, przyznać się do win i wrócić do Boga. Każda z tych historii jest inna, ale wszystkie łączy jedno: pragnienie uwolnienia się od ciężaru grzechu.

Są spowiedzi, podczas których łzy płyną już przy pierwszych słowach penitenta. Inni płaczą dopiero wtedy, gdy słyszą formułę rozgrzeszenia: „I ja odpuszczam tobie grzechy…”. Nieraz jest to cisza bardziej wymowna niż słowa – chwila, w której widać, że człowiek odchodzi z konfesjonału lżejszy, spokojniejszy, z nową nadzieją.

Dla mnie, jako kapłana i franciszkanina, to są momenty największej łaski. Mam wtedy poczucie, że jestem tylko narzędziem – że przez moje dłonie, przez moje słowa przechodzi coś nieskończenie większego. Bo to nie ja przebaczam – przebacza Chrystus. I nie ma grzechu, którego Jego miłosierdzie nie mogłoby zgładzić.

Czym jest spowiedź?

Spowiedź, czyli Sakrament Pokuty i Pojednania, jest spotkaniem człowieka z Bogiem, w którym wyznajemy swoje grzechy i przyjmujemy przebaczenie. Kościół wymienia pięć warunków dobrej spowiedzi:

Rachunek sumienia – szczere spojrzenie na swoje życie w świetle Bożych przykazań. Żal za grzechy – prawdziwe pragnienie zmiany. Mocne postanowienie poprawy – decyzja, że chcę unikać zła i wybierać dobro. Szczera spowiedź – wyznanie wszystkich grzechów ciężkich. Zadośćuczynienie – naprawienie krzywd, na ile to możliwe, i odprawienie pokuty.

To nie jest „rozmowa z księdzem” ani „psychoterapia”. To jest sakrament – miejsce, w którym działa Bóg. I choć towarzyszy temu człowiek, to On jest tym, który odpuszcza grzechy.

Jeżeli minęło wiele lat od Twojej ostatniej spowiedzi – nie bój się. Naprawdę nie ma grzechu, który byłby zbyt wielki, by Bóg nie mógł go przebaczyć. Konfesjonał nie jest miejscem potępienia, lecz wyzwolenia.

Może nosisz w sobie ciężar, który od dawna odbiera Ci spokój. Może boisz się, co ksiądz pomyśli. Może sam sobie wmawiasz, że „już za późno”. Ale zapewniam Cię – nie jest za późno. Każdy dzień, w którym żyjesz, jest dobrą okazją, by wrócić do Boga.

Widziałem tu w Copacabanie twarze ludzi, którzy po latach ciemności wychodzili z konfesjonału jak nowi – z łzami w oczach, ale z sercem wolnym. I jeśli miałbym Ci coś zostawić po tym artykule, to właśnie tę myśl: Bóg naprawdę czeka na Ciebie w sakramencie spowiedzi.

2 comments on “Spowiedź w Copacabanie – tam, gdzie Maryja prowadzi do pojednania”

  1. ILOVEWRO pisze:

    Masz niesamowitą łatwość przekładania myśli na słowa.To jeden z tych materiałów, które mimo prostoty wciągają. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

  2. P pisze:

    Świetny tekst, Boże Miłosierdzie na wyciągnięcie ręki, dobrze, że tak wielu po nie sięga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *