Sześć lat w Boliwii.

Sześć lat temu przyjechałem do Boliwii bez wielkich planów i bez wizji rodem z folderów misyjnych. Nie miałem poczucia, że jadę zmieniać świat. Po prostu zostałem pojechałem i tyle. Z perspektywy czasu widzę, że to było dobre nastawienie, bo misje bardzo szybko weryfikują wszelkie wyobrażenia. Tu nie ma miejsca na romantyzm ani na budowanie legendy o sobie samym.

Pierwszym miejscem było Trinidad, w departamencie Beni. Dwie parafie, a potem pandemia. Wtedy Kościół przestał być miejscem spotkań i uroczystości, a stał się miejscem walki o przetrwanie. Trzeba było organizować jedzenie, leki, transport do szpitali. Często nie chodziło o „duszpasterstwo” w klasycznym sensie, tylko o bardzo proste pytania: kto dziś coś zje, kto ma czym dojechać, kto w ogóle ma szansę na pomoc. Tam zrozumiałem, że mówienie o Bogu bez zajęcia się realnym życiem ludzi bardzo szybko traci sens.

Później było Santa Cruz i posługa magistra postulatu. Z zewnątrz wszystko wyglądało porządnie: formacja, struktury, dokumenty, plany. Od środka była to codzienna praca z młodymi ludźmi, którzy przychodzili z bardzo różnym bagażem. Często z poranioną historią, z brakiem stabilności emocjonalnej, z oczekiwaniami, których nikt im wcześniej nie pomógł poukładać. To była trudna, czasem wyczerpująca praca. Najtrudniejsze jednak nie były problemy formacyjne, ale relacje.
Doświadczyłem tam rzeczy, które bolą szczególnie w Kościele. Uprzejmość w twarz, wdzięczność w rozmowie, a potem komentarze za plecami, ironia, podważanie decyzji, ciche gierki. To nie jest problem jednego kraju ani jednej kultury. To jest problem ludzki. Ale kiedy dotyka Kościoła, uderza mocniej, bo człowiek spodziewa się czegoś więcej niż zwykłej poprawności.

Kolejnym etapem była Tarata, w górskim regionie Cochabamby. Dwa lata życia w miejscu, gdzie często nie ma wody, prąd często był wyłączany, a praca jest rzadkością. Społeczności są tam zamknięte i nieufne. Również wiara ma tam trudny charakter. Była bardziej „magiczna”, mocno związana z lękiem, z rytuałem, z przekonaniem, że pewne gesty mają zabezpieczyć przed nieszczęściem. Mniej było w niej osobistej relacji z Bogiem, więcej przyzwyczajenia i tradycji. Praca duszpasterska w takim miejscu wymaga ogromnej cierpliwości, bo nie da się niczego przyspieszyć ani narzucić.
Dopiero z czasem coraz wyraźniej zobaczyłem kontrast z tropikiem. W Amazonii wiara ludzi jest inna. Bardziej spontaniczna, bardziej z serca, bardziej żywa. Ludzie modlą się prosto, często mówią o Bogu w codziennych rozmowach i oczekują Jego obecności tu i teraz. Ta wiara nie zawsze jest poukładana, ale jest prawdziwa. I właśnie tam czuję, że duchowo jestem bliżej ludzi.
Przez te lata nauczyłem się jednego: nie wierzę w anonimowe „projekty” i statystyki. Wierzę w konkretne osoby. Carolina i jej syn Facundo. Claudia i jej córka chora na raka. W ich historiach nie chodziło o systemowe rozwiązania, ale o realną pomoc, w konkretnym momencie, kiedy ważyło się życie. Misje nie zmieniają świata. Misje zmieniają los pojedynczych ludzi. I to naprawdę wystarczy.

Teraz zaczynam nowy etap w Amazonii, w departamencie Beni, w miejscowości Magdalena. Tropik, dżungla, wilgoć, ogromne odległości i bardzo ograniczona infrastruktura. To miejsce nie pozwala niczego udawać. Tam bardzo szybko wychodzi na jaw, kim się naprawdę jest i po co się przyjechało.
Paradoks polega na tym, że ledwo zacząłem pracę w nowej parafii, a już muszę ją zostawić na prawie dwa tygodnie. Tym razem nie jadę prowadzić rekolekcji, ale w nich uczestniczyć. To czas osobistej formacji i zatrzymania. Problem w tym, że nie wiem, czy w ogóle tam dotrę. W Boliwii znów zaczęły się protesty i blokady dróg. W tej chwili w kraju jest prawie czterdzieści punktów blokad, także na trasach, którymi powinienem jechać. Tu nic nie jest pewne. Plany są, ale rzeczywistość bardzo szybko je sprawdza.
Nie piszę tego tekstu, żeby się skarżyć ani robić z siebie bohatera. Piszę go, bo chcę być uczciwy. Misje nie są piękną przygodą. Są trudne, męczące i często frustrujące. Wymagają zgody na chaos, na brak kontroli i na to, że wiele rzeczy pozostaje niedokończonych. A mimo to wciąż uważam, że warto. Nie dlatego, że widać szybkie efekty, ale dlatego, że Bóg działa także w niepewności i w rzeczach, które z ludzkiego punktu widzenia wyglądają na bałagan.
Po sześciu latach w Boliwii wiem jedno: Bóg działa wolniej, niż byśmy chcieli, i zupełnie inaczej, niż potrafimy to sobie zaplanować. Ale nigdy nie działa przypadkiem.
