Misje bez romantyzmu

Piękna jest ta rzeka. Szeroka, na pierwszy rzut oka całkiem spokojna. Od klasztoru jakieś czterysta metrów – idziesz kawałek drogą, potem już tylko brzeg, woda, ptaki i ta zieleń. Wygląda jak z pocztówki.
Tylko że to nie jest pocztówka.
W porze deszczowej przybrała mocno. Nurt jest bardzo silny, głębokość miejscami ponad pięć metrów. Tu nie ma miejsca na lekkomyślność.
W Środę Popielcową, koło szóstej wieczorem, dwóch czternastolatków wpadło do wody. Jednemu udało się wydostać. Drugiego porwał prąd.
Zaczęło się szukanie.
Jeszcze tej samej nocy miejscowi mężczyźni zeszli nad brzeg. Bez wielkiego planu, bez specjalistycznego sprzętu – po prostu trzeba było szukać. Następnego dnia na wodę wypłynęło wszystko, co miało silnik i mogło unieść ludzi – ponad dziesięć łodzi. Z klasztoru też udostępniłem naszą.
W czwartek w nocy modliliśmy się wspólnie, prosząc świętego Antoniego o pomoc w odnalezieniu ciała. Jest on patronem szkoły, do której chodził Eryk.
Od kilku lat mam małego drona. Nigdy nie przypuszczałem, że będę go używał w takiej sytuacji. Razem z żołnierzami z grupy poszukiwawczej z Trinidadu lataliśmy nad rzeką. Potem wsiadłem z nimi do łodzi i płynęliśmy w dół nurtu, metr po metrze. Dron znów w powietrzu. Prawie go straciłem, próbując lądować na płynącej łodzi z niemal pustą baterią.

Słońce grzało mocno. Woda pluskała. Cisza przerywana tylko dźwiękiem silnika.
Musiałem wracać na Drogę Krzyżową do kościoła. Zostawiłem ich tam.
Godzinę później ta sama łódź, na której wcześniej byłem, znalazła ciało.
Dokładnie pięćdziesiąt godzin od wypadku.
Nikt już nie liczył na to, że znajdziemy go żywego. Rodzina chciała tylko jednego – odnaleźć ciało, by móc go godnie pochować.
To, co zobaczyli ratownicy, było bardzo trudne. Rzeka nie zwraca ciał w delikatny sposób. Zwierzęta zrobiły to, co dyktuje natura. Widziałem zdjęcia. Trumnę zamknięto od razu. I to była dobra decyzja. Niektóre obrazy nie powinny pozostawać w pamięci na zawsze.
Wieczorem poszedłem do ich domu. Czuwanie. Proste krzesła, łzy, cisza przerywana modlitwą. Ludzie przychodzili i wychodzili. Rano pogrzeb.

Tak wygląda misja. To nie tylko zdjęcia zachodu słońca. Czasem to jest słońce nad łodzią szukającą ciała Eryka.
A jednak w tej trudnej sytuacji było coś bardzo ważnego.
Ponad dziesięć łodzi przez dwie doby pływało w dzień i w nocy. Kilkadziesiąt osób zaangażowanych. Nikt nie liczył paliwa. Nikt nie oczekiwał zapłaty. Restauracja nad rzeką przygotowywała posiłki dla wszystkich za darmo. Po odnalezieniu Eryka w kilka chwil zebrano pieniądze na trumnę i grób.
Nikt nie musiał prosić.
To jest wspólnota a nie teoria. To konkretna obecność i troska o siebie nawzajem.
Rzeka zabrała życie Eryka.
Wspólnota zdała egzamin wzmocniona.
I właśnie w takich chwilach najpełniej widać, czym naprawdę jest Kościół. Nie budynkiem ani strukturą, lecz ludźmi, którzy stają obok w chwili ciemności.
Pax.
